Czy jako naród w 95% ochrzczony wierzymy w Boga?

…I w Jego objawienie się w Jezusie Chrystusie? Nie do końca potrafię odpowiedzieć na to pytanie. Nie umiem bowiem odpowiadać na ten typ pytań wtedy, kiedy są one jednoznacznie sformułowane w liczbie mnogiej: „czy jako naród… wierzymy…”

Rozumiem, że sprawa wiary, tak jak i wielu innych istotnych osobowych aktów człowieka ma (musi mieć) swój wymiar społeczny, wspólnotowy – ową liczbę mnogą, a przynajmniej taki kontekst i takież zakotwiczenie. Jest to jednak przecież ostatecznie, u korzeni, sprawa wybitnie indywidualna. Pytanie o wiarę jest generalnie pytaniem o poszczególnego człowieka, o jego osobową relację z Bogiem w kontekście – owszem, tylko i aż – społecznym, narodowym. A więc w wersji najbardziej podstawowej i najważniejszej pytanie brzmi: czy jako człowiek ochrzczony wierzę w Boga i w Jego objawienie się w Jezusie Chrystusie? A jeśli tak, to również: jaka jest moja wiara? I tu z większym realizmem i sensem mogę odpowiadać: jest wielka, mała, chybotliwa, żarliwa, krnąbrna, domagająca się nawrócenia…

W dziejach teologii zostało wypracowane rozróżnienie, które swoimi korzeniami sięga św. Augustyna i św. Tomasza z Akwinu, a które przypomina w swoich publikacjach biskup Stuttgartu, Walter Kasper. Chodzi o to, że w „wierzyć” rozróżniamy potrójną treść: credere Deum – wierzyć, że Bóg jest, credere Deo – wierzyć Bogu, zaufać Mu, credere in Deum – ukierunkować się na Boga, powierzyć i oddać Mu siebie, swoje życie, w jakiś (najgłębszy) sposób „zawiesić na Nim” swój los. To są trzy komplementarne wymiary aktu i procesu wiary. Jestem przekonany, że każda autentyczna i pełna wiara musi się składać z takich właśnie trzech wymiarów-faktorów. One się wzajemnie wspierają, uzupełniają i od siebie wzajemnie zależą.

Sprawa wiary jest więc sprawą skomplikowaną, przynajmniej w sferze jej „mierzalności”. Zarówno w rzeczywistości indywidualnej, jak i narodowej te trzy wymiary posiadają różne słabości, wszystkie wymagają nawrócenia. Mało: nieustannego procesu nawracania. Niemniej tkanka wiary jest na tyle skomplikowana, że diagnoza na temat stanu jej zdrowia wymyka się prostym odpowiedziom, typu: wierzymy w Boga lub nie wierzymy, pokładamy ufność w Objawieniu albo nie pokładamy itp. Bo wiara – jeszcze raz Kasper – „nie jest zwykłym aktem rozumu (uważania za prawdę), woli (zaufania) albo uczucia, jest raczej całościowym kształtem bycia i życiowym konceptem, który wszystkie te ludzkie siły ujmuje i w siebie włączą”. Jest więc wiara obejmującą wszystko reakcją człowieka na akcję samoobjawienia się Boga. Jako taka jest więc sprawą nieprostą, a poszukując odpowiedzi na pytanie o jej stan – to moje głębokie przekonanie – należy „reflektor” poszukiwań skierować na życie poszczególnego człowieka, na moje życie – w końcu. Bowiem granica między wiarą i niewiarą nie tyle przebiega między narodami, nawet nie pomiędzy poszczególnymi ludźmi, co raczej przez serce człowieka. To przecież moje serce balansuje pomiędzy zabobonem i hiperracjonalizacją, pomiędzy nieróbstwem (bo fałszywie pojęta ufność wobec Boga to woda na młyn mojego lenistwa) i bezbożnym aktywizmem (bo moją żywą wiarę nieustannie podgryza deizm), pomiędzy manicheizmem (nienawiść wobec „w-cielenia” wiary to wcale nie tak rzadka pokusa, prowadząca do fałszywych „uduchowień”) a ordynarnym materializmem…

Zdanie ostatnie na ten temat, myśl, która – ufam – może pomóc w „zrównoważonym” poruszaniu się na indywidualno-społecznym pograniczu problematyki wiary: nie wolno myśleć o jednostkowej indywidualizacji wiary w sposób, który nie doceniałby jej wymiaru społeczno-narodowego; nie wolno o „masowym” wymiarze wiary myśleć w sposób, który nie służyłby ostatecznie jej sferze „intymnej”, osobowej, jednostkowej.

Co może w tym aspekcie zmienić przeżywany Wielki Jubileusz? Jubileusz może wesprzeć moją (naszą) wiarę, przeżywaną tak w sferze indywidualnej, jak i wspólnotowej, także narodowej. Uważam, że pomysł Ojca Świętego jest znakomity – jeśli w ogóle wolno się tak wyrazić. Jest to zresztą idea oparta na myśleniu ogromnie mi bliskim, a mianowicie na założeniu, że chrześcijaństwo w sposób istotny, nieredukowalny – jest inkarnacyjne, jest religią „Cudu W-cielenia”. Dlatego wiara chrześcijańska (i chrześcijańska strategia ewangelizacyjna!) nie może lekceważyć materii, nie może nie doceniać wielorakich sposobów wspierania wymiaru nadprzyrodzonego przez wymiar przyrodzony. Stąd Papież co roku zwołuje młodzież na jakieś wielkie spotkanie (w konkretnym miejscu, nie tylko w wymiarze duchowym!), pielgrzymuje – w sensie jak najbardziej fizycznym – po całym globie. Stąd chrześcijaństwo, zwłaszcza jako katolickie, przypomina, że katolik ma obowiązek (słowo niemodne, ale ważne i nie zdewaluowane w swej głębokiej treści) w niedzielę uczestniczyć w Eucharystii, ponieważ tego typu wierność będzie wspierała naszą najgłębszą, duchową więź z Bogiem. Stąd też chrześcijaństwo wykorzystuje daty, jubileusze, miejsca pielgrzymkowe, sanktuaria, sakramentalia – cały wymiar czasoprzestrzenny ludzkiego (interesują nas ludzie, nie bezcielesne abstrakty, bowiem człowiek żywy i cały jest drogą Kościoła!) życia. Dlatego właśnie uważam, że pomysł, by na wielką skalę świętować Rok Dwutysięczny jest ideą znakomitą, ideą opartą źródłowo na realizmie chrześcijaństwa, na pokorze chrześcijaństwa wobec W-cielenia, wobec ciała.

Oczywiście, skłaniam się tu jak najbardziej do wyrażonej niedawno opinii kardynała Josepha Ratzingera (w jego wywiadzie-rzece z Peterem Seewaldem), że trzeba na bok odłożyć wszelkie magiczne oczekiwania związane być może z rokiem 2000. Chrześcijaństwo nie jest wróżbiarstwem, millenaryzmem albo neognozą. Nic tutaj się nie stanie na zasadzie hokus-pokus, na zasadzie automatyzmu. Nie będzie to żadne „magiczno-kosmiczne” wydarzenie. Sama data jest w gruncie rzeczy dość przypadkowa i – na najważniejszych poziomach – tak dobra dla sprawy ewangelizacji jak każda inna. Natomiast chrześcijaństwo ma przy tej okazji coś bardzo ważnego do zaoferowania światu, coś istotnego do przypomnienia ludzkości z przełomu II i III tysiąclecia. Jest to mianowicie niepowtarzalna okazja do – by użyć sformułowania tego właśnie czasu – Wielkiej Promocji Osoby i Sprawy Jezusa Chrystusa. Okazja do przypomnienia światu, że jego (świata) „od-Boska” struktura (zakotwiczona przecież w fakcie stworzenia) jest genetycznie i finalnie (czyli źródłowo i celowo) chrystocentryczna. I że świat albo zmierza do Chrystusa, pamiętając że taki jest jego sens, że właśnie tutaj tkwi jego szansa, albo tragicznie zamyka sobie furtkę do Ogrodu Nadziei – odrzucając Chrystusa i Jego Sprawę…

W ten sposób Wielki Jubileusz – uzdrawiając chrystologiczną pamięć ludzkości – może światu pomóc, może „coś zmienić”.

„On jest prawdziwym Bogiem i Życiem wiecznym” (1 J 5,20). Wielki Jubileusz zaprasza ludzkość III Tysiąclecia do przyjmowania stale na nowo daru Osoby i Dzieła Jezusa Chrystusa. Chrześcijaństwo nie ma nic większego i nic cenniejszego do zaoferowania przyszłości naszego świata.

Ks. Jerzy Szymik

Artykuł pochodzi z książki ks. Profesora pt. Kocham teologię! Dlaczego? Tekst został opublikowany w 1997 r.

Zobacz również

Comments are closed.

-->