Wieniec ze słów Anioła
Nazwa „różaniec” (łacińskie rosarium) wywodzi się ze średniowiecznej poezji i metaforyki maryjnej, wyrosłej na gruncie tzw. Marienminne – miłości do Maryi. Ulubionym symbolem Matki Bożej w tamtych czasach była róża. Liczne rymowane wiersze maryjne, zwane „psalteriami” – ze względu na ich długość i analogie z Psałterzem – posiadały często powtarzany refren Ave Rosa, czyli „Witaj, Różo”.
Pojęcie „różańca” wiąże się również z oryginalnym elementem średniowiecznego stroju. Chodzi mianowicie o pewien rodzaj wieńca lub małego kółka nakładanego jako ozdoba na głowę. Wieniec z klejnotów albo ze szlachetnego metalu, czy też ze świeżych kwiatów, stanowił stały składnik świątecznego ubioru kobiet i mężczyzn. W języku niemieckim ozdoba ta nazywała się Rosenkranz (wieniec różany), w niderlandzkim – rosenhoedje (różany kapelusik), we francuskim - chapelet (kapelusz; współcześnie Francuzi określają tym słowem modlitwę różańcową). Początkowo wieńce takie były oznaką stanu rycerskiego, ale szybko stały się powszechną ozdobą, zakładaną na uroczystości religijne i świeckie. Były wyrazem czci i symbolem miłości. Jako poetycki rekwizyt pojawiały się często w średniowiecznych romansach i pieśniach.
W XIII wieku symbolika różanego wieńca weszła w obszar kultu maryjnego. Podobizny Maryi, jako wielbionej i miłowanej kobiety, były przez Jej czcicieli zdobione wieńcami z kwiatów. W tym miejscu obyczajowość styka się z legendą, która nazwę różańca przenosi z ozdoby na modlitwę, z wieńca oplatającego statuę lub obraz Maryi na odmówienie ku Jej czci pięćdziesięciu „Zdrowaś Maryjo”. Piękna, popularna w średniowieczu opowieść została zapisana w niemieckim „Starym Pasjonale” (Altes Passional), jednym z najstarszych zbiorów legend wieków średnich. Oto jej treść:
„W pewnym mieście żył uczeń, któremu stworzono wszelkie warunki do uczenia się. Jednakże lenistwo i brak zainteresowania sprawiły, że mimo surowej nauczycielskiej chłosty, nie nauczył się niczego. Miał tylko w głowie światowe zachcianki. Przy całym swoim zepsuciu przyswoił sobie jednak i zachował chwalebny zwyczaj, aby na cześć Najświętszej Panny wić każdego dnia wieniec na Jej statuę i zdobić nim Jej głowę. Jeśli na przykład w śnieżną zimę nie znajdował kwiatów, szukał tak długo i odgrzebywał śnieg, aż znalazł dość zieleni, aby móc uwić wianek.
Idzie do swej figury, Naszej Pani Maryi, ziela natnie, wieniec złoży i na głowę Maryi włoży. (…) «Pani, mało dobrego we mnie, ale każdego dnia niech tyle zrobię: wianek uwiję Tobie».
I oto zdarzyło się, że odczuł w sobie poruszenie łaski i chęć wstąpienia do klasztoru. Wszyscy najbliżsi i przyjaciele doradzali mu to i pomogli, aby został przyjęty przez «szarych mnichów», cystersów. Żył tam jak inni, według ścisłej reguły, ku swemu zadowoleniu. Aż jednego dnia przechodził koło statuy Najświętszej Panienki i przypomniał sobie tak miły niegdyś, a teraz zaniechany, zwyczaj. Życie klasztorne bowiem nie pozwalało szukać codziennie potrzebnych kwiatów i zieleni dla uwicia wieńca. Zasmuciło go to tak bardzo, że już myślał, aby opuścić klasztor. Jednakże pewien stary mnich, któremu zwierzył swoją troskę, wskazał mu sposób, aby mógł codziennie uwijać i nakładać Matce Bożej wieniec o wiele milszy niż można to uczynić z kwiecia i zieleni:
«(…) jeśli chcesz życiem nowym cieszyć Maryję Królową, z szlachetnych czynów wianek w każdy dzień niech dostanie. Wplataj weń słowa chwały, ślubuj i bądź w tym stały, że do końca już dni swoich, gdy reguła ci pozwoli, po pięćdziesiąt Zdrowaś Maryja codziennie będziesz odmawiać. To już będzie cały wieniec, który Ona bardziej ceni niźli lilie, niźli róże (…)».
Młody mnich z radością przyjmuje zwyczaj poświęcania Matce Bożej codziennie – zamiast wieńca z kwiatów czy zieleni – pięćdziesięciu Zdrowaś. I błogosławieństwo Boże nie każe długo na siebie czekać, bo wzrasta w cnocie i dzielności, i zyskuje uznanie wśród swoich współbraci.
Tak dalece, że pewnego dnia otrzymuje od opata polecenie podróży w sprawach zakonu. Po drodze zsiada z konia na leśnej polanie, całej w przepychu lata, aby zmówić swoje codzienne pięćdziesiąt Zdrowaś. Dwóch rozbójników upatrzyło sobie jego konia i skrycie za nim podążało, aby w zaroślach przy sprzyjającej okazji go obrabować.
Kiedy mnich zaczął się modlić, zbójcy ujrzeli przy nim przepiękną, szlachetną panią, która zrywała z jego ust jedną różę po drugiej, układała je w jeden wspaniały wieniec z pięćdziesięciu róż, po czym włożyła go sobie na głowę i znikła.
Gdy zbójcy napadli na mnicha, by zabrać mu konia, chcieli się dowiedzieć, kim była piękna pani. Mnich nic jednak o niej nie wiedział, ponieważ tylko oni sami widzieli tę cudowną postać. W końcu pojął, co się stało, że to Najświętsza Panna, Królowa Maryja dała ten znak. Pełen radości, oddawał chwałę i Jej, i Bogu. Potem wyjaśnił wszystko zbójcom i głosił im łaskę Chrystusa, która stała się jego udziałem i wyrwała go z grzechu, podobnie jak teraz winna i ich nawrócić.
Na te słowa i przez ów cudowny znak, zbójcy zastanowili się nad sobą i ogarnięci skruchą nawrócili się. Towarzyszyli mnichowi do klasztoru i sami zostali dobrymi i pobożnymi braćmi” (tłum. E. Misiołek).
Od połowy XIII wieku słowo „różaniec” odnosi się już wyraźnie do modlitwy złożonej z pięćdziesięciu „Zdrowaś Maryjo”. Cytowana legenda – pochodząca z tego okresu – upowszechnia tę nazwę.
Kiedy w październikowe wieczory trzymamy w dłoniach paciorki różańca, nawiązujemy do najlepszej tradycji naszych europejskich, trzynastowiecznych przodków. Do tych, których porwała Marienminne – miłość do Maryi.
Ks. Jerzy Szymik
Tekst pochodzi z książki ks. Profesora pt. „Kocham teologię! Dlaczego?”