Rzucanie pereł przed świnie

Wydaje się, że nikt rozsądny nie zdecydowałby się rzucać pereł przed przysłowiowe świnie. Jednak gdy patrzy się na postępowanie Kościoła dotyczące udzielania sakramentów świętych, natychmiast przypominają się owe ewangeliczne słowa Jezusa.

Mój bliski znajomy rozmawiał nie tak dawno z księdzem ze swej parafii, zajmującym się przygotowaniem młodzieży do bierzmowania. – Moim zdaniem to nie powinno być tak, że wszystkich dopuszcza się do bierzmowania. – Człowieku! – Odpowiedział ksiądz – gdyby to ode mnie zależało, to ja bym dopuścił 1/3. Ale proboszcz powiedział kategorycznie: masz przepuścić wszystkich.

I tak to niestety obecnie funkcjonuje. Ludziom, którzy absolutnie nie rozumieją wiary, na co dzień wyśmiewają się z niej, często nawet nie chodzą na Eucharystię w niedzielę, a na tę obowiązkową, która wiąże się ze spotkaniami przed bierzmowaniem również nie zawsze, udziela się „sakramentu dojrzałości chrześcijańskiej”. Sakramentu, który nie tylko uprawnia, ale obliguje (podkreślam to bardzo mocno) do dawania świadectwa wiary w każdych okolicznościach życia. Udzielając sakramentu bierzmowania osobom „trochę praktykującym-niewierzącym” Kościół całkowicie obniża rangę tego sakramentu w oczach tych ludzi, a nawet go ośmiesza. – Cóż, wierzyć nie musiałem, w niedzielę do kościoła nie chodziłem, udzielili mi tego sakramentu i tak. Taki spoko luźny sakramencik, każdy ma go otrzymać.

Podobnie ma się rzecz z chrztem dzieci. W tym kontekście skandaliczną wydaje się decyzja ostatniego synodu archidiecezji poznańskiej, w której stwierdzono, że wspólne życie rodziców bez ślubu nie jest wystarczającym powodem dla nie udzielenia chrztu ich dziecku. Jeśli nie jest wystarczający fakt, że rodzice żyją na dobrą sprawę jak ludzie niewierzący, to co nim jest? Może w takim układzie niech księża wychodzą na ulicę i chrzczą kogo popadnie. Dawniej mówiło się, że by dziecko było można ochrzcić, potrzebna jest wiara rodziców. Choć tego nie odwołano, dziś – jak widać – nie jest to już warunek konieczny. I również chrzest sprowadza się do rytuału, zwyczaju (potem często robi się mocno nakrapiane chrzciny). Nie podkreśla się wagi, znaczenia chrztu. Nie podkreśla się wymagań, które należy spełnić.

Równie niedobrze jest z sakramentem małżeństwa, który także udziela się komu popadnie, nie badając stanu duchowego i wiary młodych ludzi. Stawia się wprawdzie jakieś wymagania, tyle że wielu młodych obchodzi te przepisy. Dostają pieczątki od znajomych księży lub świeckich prowadzących poszczególne kursy. A jeśli już uczęszczają na katechezy przedślubne, to wyśmiewają metodę naturalną i nie ukrywają, że będą stosować środki antykoncepcyjne. I takim ludziom też się podbija pieczątkę. Tyle, że wątpię, by w ich przypadku sakrament był ważny. Fakt, ma miejsce jakiś rytuał, ale na dobrą sprawę jest to puste wykonywanie gestów i wypowiadanie słów. Znów szarga się świętym sakramentem dla świętego spokoju.

Jakiś czas temu mój znajomy opowiadał mi, że chce wziąć ślub ze swoją narzeczoną, która deklaruje się jako ateistka. Jego wybranka sama przyznała, że nie chce składać mężowi przysięgi kościelnej, bo ona w moc sakramentów nie wierzy, a jednocześnie bardzo szanuje wiarę męża, nie chce więc robić cyrku i wypowiadać podczas uroczystości zaślubin pustych słów, nie chce robić z liturgii przedstawienia. To bardzo piękne zachowanie osoby niewierzącej. Warto zaznaczyć, iż jest taka możliwość, że ślub można wziąć niejako jednostronnie, tzn. osoba wierząca składa przysięgę, a osoba niewierząca nie składa, bo niby w imię czego. Dodatkowo Kościół przewiduje w takich sytuacjach obowiązywanie w wypadku ewentualnego odejścia strony niewierzącej tzw. przywileju Pawłowego (zob. 1 Kor 7,15). Ten znajomy opowiedział mi jednak, że mają straszny problem w Kościele. Bowiem ksiądz z parafii, w której miał odbywać się ślub, niemal nakazał, by narzeczona-ateistka również składała normalnie przysięgę małżeńską, pomimo że nie wierzy w Kościół. Jakiż paradoks! Okazało się że zdeklarowana ateistka ma większy szacunek i głębiej rozumie znaczenie sakramentów niż kapłan Kościoła Chrystusowego.

Dotąd podkreśliłem zło wynikające z udzielania sakramentów osobom nieprzygotowanym, uwzględniając głównie dobro Kościoła i znaczenie sakramentów. Warto jednak podkreślić bardzo wyraźnie jeszcze jedną kwestię, która odnosi się już do samych przyjmujących dany sakrament. Otóż wielokrotnie podkreśla się, że sakramentów zawsze warto udzielać, gdyż niosą ze sobą obiektywną łaskę. Oczywiście w pełni się zgadzam, tyle że po pierwsze warto pamiętać, że łaska zawsze działa na naturze, a po drugie – i najważniejsze – owi zwolennicy powszechnego udzielania sakramentów zapominają o pewnej ważnej kwestii w naszej religii.

Otóż w chrześcijaństwie jest tak, że jeśli otrzymuje się jakiś dar, to z tym darem zawsze wiąże się jakieś konkretne zadanie. W przypadku sakramentów najłatwiej ukazać to na przykładzie bierzmowania. Owym zadaniem jest bycie w pełni dojrzałym chrześcijaninem. Owym zadaniem jest dawanie świadectwa wiary swoim życiem. Jeśli nakłada się takie zadanie na człowieka, który nie jest do jego wypełnienia absolutnie przygotowany, to nie tylko niszczy się autentyczność Kościoła, ale też robi się krzywdę temu człowiekowi. Nakłada się w ten sposób na niego obowiązek nie do uniesienia.

Kościół, by szanować siebie, powinien ukazywać wartość tego, co ma najcenniejsze, czyli sakramentów. Nie może sprawiać fałszywego znaczenia, że one są dla wszystkich i wiąże się z nimi tylko pewna łaska. Nie oszukujmy się! Sakramenty nie są dla wszystkich. By je przyjąć, trzeba być przygotowanym. Oczywiście każdy sakrament to wielki deszcz łaski, ale jak wiemy łaska zawsze działa na naturze. Jeśli nie ma odpowiedniego przygotowania, taki sakrament nie przyniesie owoców. A nałoży tylko na przystępującego doń obowiązki, zadania, których ten nie będzie w stanie w żaden sposób wypełnić. Gdy do sakramentów będą mieli dane przystępować tylko Ci, którzy żyją wiarą na co dzień, dają jej świadectwo – inni będą mogli dostrzec nie tylko wartość sakramentów, ale i bardziej skłonni będą zwracać uwagę na tych, którzy są autentyczni, którzy mogą być i dla nich drogowskazem: jak naprawdę żyć wiarą.

Paweł Pomianek

Tekst ukazał się pierwotnie w „Biuletynie Miłośników Dobrej Książki” Tolle et lege, nr 10 (11) 2007.

Zobacz również

Comments are closed.

-->