Pielgrzymki, Sanktuaria – dlaczego, po co?
Jaki jest sens pieszych pielgrzymek? Czy nie lepiej wziąć do ręki Pismo Święte i wyjść samotnie do ogrodu? Czy nie bardziej mnie wzbogaci chwila milczącej adoracji w pustym kościele, bez pielgrzymkowego zgiełku, zmęczenia, kurzu? Czy nie bardziej trafi do mnie – rozluźnionego, w fotelu, z kawą pod ręką – papieskie słowo płynące z telewizyjnego ekranu?
Każdy, kto kiedykolwiek spróbował wyruszyć w pielgrzymkową drogę, wie, że jednak warto. Bo pielgrzymować znaczy:
– doświadczyć wartości ubóstwa, radości z ubóstwa;
Plecak, dwie pary butów, trochę prowiantu. Zależność od innych, od pogody, konieczność podporządkowania siebie i swoich planów wspólnocie, programowi łamiącemu ciągoty do „niczym nie skrępowanej wolności”.
– doświadczyć prawdy o realiach swego człowieczeństwa, które jest – jak to ujmuje jedna z definicji człowieka – przedziwnym splotem materii i ducha;
Ciało, które uwiera, jest zmęczone, głodne, upragnione, śpiące – stawia opór. Ale jednocześnie przeniknięte duchem, zespolone z nim, jest dobre i święte. Pielgrzymka uczy poddawać pragnienia ciała pragnieniu ducha – jak powiada Pismo Święte (por. Ga R, 16-26). A jednocześnie uczy antymanichejskiego szacunku dla własnej i cudzej cielesności.
– poznawać prawdę, że życie jest wędrówką, że jesteśmy w drodze;
W symbolicznym, a jednocześnie namacalnym, bardzo dotkliwym i konkretnym skrócie uczy, że nasza Ojczyzna jest w niebie.
– poznać lepiej siebie i innych;
Opadają maski, znika wszelki kamuflaż, wyrafinowane sposoby pokazywania drugim swojej sztucznej twarzy. Pod wpływem fizycznego trudu, słońca, deszczu, zmęczenia stajemy się nadzy przed sobą i innymi. Widać jak na dłoni, co w nas małe, a co wspaniałe.
– doświadczyć solidarności;
Proste gesty, konieczność dzielenia się wszystkim. Trud i radość bycia z drugim człowiekiem. Szkoła troski o innych, zapominania o sobie. Każdy egoizm widać wówczas z niezwykłą ostrością.
– zanurzyć się w świat modlitwy;
Do jej dyspozycji są całe dnie. Odpada targowanie się z Bogiem, nie ma ważnych spraw do załatwienia, spychających kontakt z Bogiem „na potem”.
– uczyć się, czym jest Kościół;
Uczyć się miłości do Kościoła. Bo – jak brzmi jedna z jego definicji – jest on wspólnotą pielgrzymującego ludu Bożego. Do Domu Ojca z Chrystusem jako głową. Jest to lud grzeszny, słaby, szemrzący, niedoskonały, kuśtykający, ale jednocześnie święty – ze względu na Przewodnika i kierunek wędrówki, powołanie, cel.
Przypominam sobie następujące wydarzenie. Sierpień 1984 roku. Po dwóch dniach intensywnego marszu z Chorzowa docieramy na Jasną Górę. Następuje dzień wypoczynku, modlitwy, bliskości Obrazu i po nocnym czuwaniu ktoś stwierdza rzecz oczywistą: „Czas do domu”. „Przecież jesteśmy w Domu” – słyszę jeszcze dziś głos siedemnastoletniego Wacka.
Wędrować z domu do Domu. A potem wracać z Hornu do domu. Aby tu, Tam i wszędzie uczyć się być synem.
***
Można się spotkać z zarzutem, że katolickie sanktuaria maryjne to relikt pogańskiego bałwochwalstwa. Nierzadko też pojawiają się głosy, że Bóg, jako istota duchowa, jest obecny „wszędzie tak samo”, że pątnicze miejsca kultu obrastają swoistym folklorem podatnym na herezję w warstwie doktrynalno-liturgicznej i kicz w warstwie artystycznej. A to szkodzi sprawie, czyli wierze, Kościołowi, autentycznej wierności Ewangelii. Głosów tych nie należy lekceważyć. Mogą być cenną inspiracją do oczyszczenia naszej pobożności z naleciałości, które mają źródło w ludzkiej słabości, rutynie, bezmyślności i (ostatecznie) w grzechu. Stale potrzebujemy nawrócenia, również – a może przede wszystkim – w sferze naszej indywidualnej i zbiorowej modlitwy. Generalnie jednak zarzuty te są niesłuszne, gdyż nie wyciągają wniosków z fundamentalnej prawdy chrześcijaństwa: z faktu WCIELENIA.
Słowo bowiem stało się ciałem i zamieszkało wśród nas (J 1, 14). Bóg stał się człowiekiem. Nie było to wydarzenie abstrakcyjne, ahistoryczne. Miało miejsce za czasów panowania rzymskich imperatorów, Oktawiana Augusta i Tyberiusza, na ściśle określonym obszarze naszego globu, mającym konkretne geograficzne nazewnictwo: Betlejem, Nazaret, Jerozolima, Samaria, jezioro Genezaret, góra Tabor itd. Dlaczego tam i wtedy, a nie np. w VIII wieku w Akwizgranie albo w 2000 roku w stanie Luizjana? Nie wie my. Bóg to wie. On jest najwyższą, miłującą człowieka Mądrością.
Bóg, wchodząc w materię, w jej konkretne przestrzenno-czasowe struktury, wykorzystuje ją w celach zbawczych. Już w czasach Jezusa fakt ten był powodem zgorszenia i odrzucenia prawdy Ewangelii: ten człowiek, syn cieśli, ktoś tak dotykalnie konkretny, kto śpi i je, śmieje się i płacze, ma przyjaciół, za którymi tęskni, ktoś, kto cierpi i poci się z lęku – ten człowiek jest Synem Bożym? To bluźnierstwo! – wołali uczeni w Piśmie, „zatroskani” o duchowy poziom swoich ziomków.
Zgorszenie chrześcijaństwem jest zawsze przedłużeniem gorszenia się Chrystusem. Po co sakramenty? Po co polewać dziecko wodą, jeść chleb i pić wino, wyznawać swoje grzechy przed człowiekiem-spowiednikiem? Po co obowiązek niedzielnej mszy w murach kościoła, skoro Boga równie dobrze spotkać mogę na górskim szlaku? Po co podporządkowywać się zasadom moralnym głoszonym przez papieża, skoro Bóg-Duch mówi do mnie we wnętrzu mojego sumienia? Po co ten prymitywny dodatek materii do subtelności duchowej przygody wiary?
Odpowiedź chrześcijaństwa zawsze ta sama: Bóg stał się człowiekiem. I w niepojęty dla nas sposób – sposób pełen szacunku Stwórcy dla materialno-duchowej struktury człowieka – wprzągł materię, cielesność w jej konkretnej czasoprzestrzenności w dzieło zbawienia. Bóg niejako „uzależnił się” przez Wcielenie od materii. Całe funkcjonowanie Kościoła, jego Bosko-ludzki, duchowo-historyczny wymiar jest prostą konsekwencją tego faktu. Struktura wewnętrzna Kościoła odzwierciedla strukturę bytową Jezusa Chrystusa, prawdziwego Boga i prawdziwego człowieka.
Dlatego właśnie wierutną bzdurą i tragicznym nieporozumieniem w sferze podstaw logiki chrześcijaństwa są twierdzenia w stylu: „Jezus – tak, Kościół – nie” albo „wspólnota Kościoła – tak, instytucja Kościoła – nie”, albo, ja się spowiadam tylko Bogu, księdzu nie”.
Wróćmy jednak do punktu wyjścia naszej refleksji: sanktuaria są konsekwencją faktu, że Bóg stał się człowiekiem. To On wybiera pewne miejsca i pewien czas. Dlaczego te, a nie inne? Nie wiemy. Bóg to wie. Dlatego Lourdes i Fatima, dlatego Jasna Góra i Maria Zell, dlatego Święta Lipka i Kalwaria Zebrzydowska.
Warto zawierzyć do końca prawdzie o Wcieleniu Boga. Wymaga to pokory wobec Boga, tzn. zaufania Jego – nie naszym! – pomysłom na zbawienie człowieka. Bo tylko On wie, jak nas naprawdę uszczęśliwić, czyli zbawić. Alfred Läpple, niemiecki biblista, proponuje refleksję zakończoną jeszcze bardziej prowokującym pytaniem:
„Orzeczenia Urzędu Nauczycielskiego Kościoła na temat Maryi, dziewiczej Matki Bożej, jakie przedłożone zostały na soborze powszechnym w Konstantynopolu (381), w Efezie (431) i Chalcedonie (451), zachęciły chrześcijan, by już w IV w. dokonać poświęcenia niektórych kościołów Najświętszej Maryi Pannie. O poczuciu bezpieczeństwa, jak również o odwadze religijnej w tamtych czasach świadczy wyraźnie to, że sanktuaria maryjne urządzano w miejscach kultu pogańskich bogiń matek, by uczynić z nich znak ostatecznego spełnienia ludzkich przeczuć, ale jeszcze bardziej znak rozstrzygającego sprostowania błędów i odrzucenia czczonych do tej pory bogiń. Znamienną rzeczą jest, że już w V w. w kościołach maryjnych pokazywano relikwie lub pamiątki z życia Maryi czy Chrystusa. W średniowieczu, przede wszystkim w epoce wypraw krzyżowych, zainteresowanie problematyką maryjną koncentrowało się na «domku Maryi» z Nazaretu. Z Palestyny przywożono ze sobą kamienie, ponadto opisy owego domu, w którym żyła święta rodzina z Nazaretu. Wiele maryjnych miejscowości pielgrzymkowych zawdzięcza swe powstanie obrazom Najświętszej Maryi Panny, do których zwracano się w chwilach największej potrzeby. Inne obrazy maryjne po tajemniczej wędrówce czy dzięki wyraźnym znakom, że w danym miejscu chcą pozostać, przybyły tam, gdzie w okresie późniejszym pobudowano sanktuaria maryjne. Maryjne miejscowości pielgrzymkowe XIX i XX w. prawie zawsze powstawały po objawieniach Najświętszej Maryi Panny i ich kościelnym uznaniu. Z pewnością warto byłoby bardzo głęboko zastanowić się nad tym, dlaczego w naszych czasach Najświętsza Maryja Panna zwraca się tak często do ludzkości”.
Ks. Jerzy Szymik
Tekst pochodzi z książki ks. Profesora pt. „Kocham teologię! Dlaczego?”